piątek, 20 grudnia 2013

Rozdział I

      


        Siedziałam przy stole i tępo wpatrywałam się w moje rozmiękłe płatki. Od niechcenia zaczęłam mieszać w nich łyżką, z niesmakiem obserwując jak ciężkie czekoladowe muszelki, teraz proste, brązowe placki z cichutkim sykiem odrywają się od szafirowej miski we wzorek tańczących pluszaków. W kuchni unosił się zapach świeżo mielonej kawy, soku pomarańczowego i smażonych jajek z bekonem. Mama krzątała się po kuchni, jej ciemne włosy wymykały się spod starannie ułożonego koka. Przystanęła na chwilę i otarła pot z czoła. Nie mogłam się powstrzymać, uśmiechnęłam się. W takiej pozie, oparta o kuchenny blat, z roztrzepaną czarną fryzurą, rumianymi policzkami i figlarnymi zielonymi oczyma wyglądała jak nastolatka, a nie jak trzydziesto sześcioletnia prawniczka. Chyba poczuła, że się na nią gapie, spojrzała na mnie i uśmiechnęła się, ukazując dołeczki w policzkach. Tak, teraz naprawdę wygląda jak nastolatka.
        -I jak? Smakowało?-powiedziała, odwracają się z powrotem ku kuchence. Spojrzałam w dół, na rozmiękłe Czokapik. Od razu poczułam niechęć.
        -Oczywiście.-odparłam lekkim tonem. Chwyciłam miskę i cichaczem podeszłam do miski Chloe. Labradorka, która leżała obok stołu, podniosła się i poczłapała do mnie, gdy wylewałam jej płatki. Niech się dziewczyna naje, pomyślałam drapiąc ją za złotymi uszami. Odstawiłam miskę do zlewu i z powrotem usiadłam przy stole. Chwyciłam kubek z Elmo i zaczęłam pić herbatę, ręcznie robioną. Mama w tym czasie nakładała jajka na talerze. Spojrzałam na bekon z obrzydzeniem. Nie trawię mięsa. Gdy mam jakieś przełknąć, robi mi się niedobrze, a przed oczyma widzę wówczas jakieś malutkie cielątko lub prosiaczka... Obrzydliwość.
        -Coro, idź zawołaj ojca i Erin, dobrze? -odezwała się mama, zalewając patelnię zimną wodą.         -Dobra.-mruknęłam i wdrapałam się na schody. Nie musiałam iść długo, Erin właśnie wyszła z sypialni, a za nią ojciec. Oboje wyglądali, jakby przez dwa tygodnie nie zmrużyli oka.
        -Obudziłam tatę.-oznajmiła z wyższością Erin z zaspanym uśmiechem. Wywróciłam oczyma, tata właśnie zasiadał do stołu. Jak zwykle, przed poranną kawą nic go nie obchodziło.         Mogłabym rano do domu przynieść gromadę dzieciaków i oznajmić mu, że są moje, a on zbyłby to machnięciem ręki. A gdyby odstawił już kubek do zlewu... strach gadać. Przez te całe trzy minuty zejścia na dół towarzyszyły moje krzyki. Erin wkurza mnie na każdym kroku, a choć jest młodsza o zaledwie dwa lata, rodzice traktują ją jak księżniczkę, co udowadnia mi na każdym kroku. Wredna małpa, myślę, kiedy wychodzę z Chloe na dwór. Przynajmniej pies mnie rozumie, mruknęłam sama do siebie, wpatrując się w kochane, rozumne brązowe oczy psiska.
        -Wiesz co, mała? Dzisiaj zrobimy sobie małą przebieżkę.-pies tylko szczeknął i zamerdał ogonem. Poprawiłam bluzę, dopięłam rzepy na butach i biegiem wypadłam z naszego podwórka. Chloe biega tuż przede mną, sama wyznaczała kierunek. Tym razem był to park Aveune. Uśmiechnęłam się i zrównałam bieg z Chlo...




        Park Aveune jest jednym z nielicznych miejsc w Savannah, do których uwielbiam chodzić. Zwłaszcza jesienią i zimą. Akurat teraz mamy październik, więc wszystko mieni się na złoto, czerwono i brązowo. Wciąż zielone żywopłoty odgradzały przechodniów od kolorowych drzew. Mimo tak wczesnej godziny, parę nastolatków już siedziało na murkach, na których rosły właśnie krzaczki, lub na dębowych ławeczkach. Niektóre liście, niesione porywem wiatru, opadły na szklaną taflę małego jeziora w samym sercu parku. Wyglądało to bajecznie..  Zatrzymałam się właśnie przy jeziorku. Byłam zaczerwieniona, lekko spocona i zadyszana. Wziąwszy kilka głębszych oddechów, spojrzałam na Chloe. Labradorka także sapała, choć nie tak mocno, jak ja. Uśmiechnęłam się, kiedy zamerdała wesoło ogonem. Chloe patrzała na mnie wymownie, a ja doskonale wiedziałam, o co jej chodzi. -No, leć, malutka.-odpięłam jej smycz, po chwili po psie został tylko tuman kurzu. Przysiadłam na zimnej, zroszonej poranną rosą trawie i oparłam głowę na podciągniętych kolanach. Powoli wdychałam świeże, chłodne powietrze. Ten park zawsze działa na mnie kojąco, szczególnie to jezioro. Kiedyś Erin nazwała je Zwierciadłem. Bo jest takie przejrzyste, wyjaśniła mi wówczas z wywyższonym uśmiechem. Od razu spodobała mi się ta nazwa,m tak bardzo, że nie żaliłam się Bogu na tak głupią siostrę, i od tamtej chwili nazywam je Zwierciadłem. Także moi przyjaciele podchwycili tę nazwę, stwierdziłam tępo..  Prawie codziennie przychodzę do Aveune, puszczam Chloe by chwilę pobiegała, a sama siadam i myślę przy Zwierciadle. Nie wiem, czemu. Taki już mam zwyczaj. Zawiał delikatny wiatr, strącają z najbliższego drzewa, dębu, liście. Jeden, zielono-żółto-czerwony, wylądował centralnie na środku jeziora. Uśmiechnęłam się, kiedy płynął niczym mały, kolorowy łabędź po powierzchni Zwierciadła. Wiatr zawiał coraz mocniej i mocniej. Zamiast pięknego Zwierciadła, teraz widzę moje krwiste włosy. Szczerze, to nigdy nie zastanawiałam się nad ich kolorem. Mama jest blondynką, Erin też, tata brunetem. A ja jako jedyna mam czerwone włosy. Co więcej, wielu ludzi sądzi, że są pofarbowane, a gdy im mówię, że z takimi się urodziłam, kiwają głową z dezaprobatą i niedowierzaniem. To samo z oczyma...
        Co za irytująca suka...
        Kocham cię...  Proszę, nie.. 
        Poderwałam się nagle do góry, słysząc ten pełen nienawiści  i pogardy głos oraz drugi, bólu i smutku. Ja to zawsze mam szczęście, myślę ponuro, kiedy dzięki mojej świetnej równowadze opadam  z powrotem na mokrą trawę. Co do...?
        Jeszce chwilę i ją uduszę. 
        Dlaczego mi to robisz? Proszę, przestań. Boję się...  
        Obejrzałam się za siebie, ostrożnie wstając. Nagle moim oczom ukazuje się potężna sylwetka chłopaka i znacznie mniejszej i drobniejszej od niego nastolatki. Dopiero po chwili zdaję sobie sprawę, kim oni są: bydlak nazywa się Tom Hughes a mała blondynka Tamara Gilles. Chodzą do mojej szkoły, i klasy. Z Tamarą nie jestem za pan brat, ale mamy znacznie lepsze stosunki niż z tym dupkiem Tomem. Nie rozumiem, dlaczego są razem... a raczej byli. Tamara płakała, trzymała Toma za rękę, prosiła cicho, by został. Jasnowłosy futbolista prycha zdegustowany, zaczyna krzyczeć i odtrącać kruchą dłoń Tamary.
 
        Mieli racją. Ta sucz jest stuknięta. Już wolę lizać się z rudą Lockwood niż z nią...
        Nie no, dzięki, Tom. Jednak odmówię. Przepełniła mnie wściekłość na tego bydlaka. Zacisnęłam dłonie w pięści, zgrzytnęłam zębami. 
         Co za upierdliwa baba! Kur, zaraz jej te białe zęby powybijam!
 W tej samej chwili Tom zamachnął się i uderzył otwartą dłonią Tamarę w policzek. Biedaczka upadła i wtedy zaniosła się potwornym szlochem. Coś... we mnie pękło. W paru susach doskoczyłam do Toma, który spojrzał na mnie z zaskoczeniem. Przypadła do Tary, objęłam ją opiekuńczo ramionami.
 
        Żeby ci wiewióra jaja wygryzła, podła szmato...!
        Pomyślałam i nagle BUM!, z drzewa wyskoczyła pokaźna wiewiórka. Z dzikim piskiem skoczyła na Hughesa i wgryzła się w krocze. Chłopak zaczął kląć i piszczeć gorzej od mojej siostry... Tamara odepchnęła mnie od siebie, z krzykiem rzuciła się do chłopaka. Udało się jej odgonić gryzonia, teraz opiekuńczo otulała go ramionami, tak jak ja ją przed chwilą. Tamara patrzyła na mniej jak psychopatę z nożem w dłoni.
        - Ty... ty mu to zrobiłaś...?
        -Tak, Tamaro, ja nasłałam na niebo wiewiórkę-burknęłam w odpowiedzi i podniosłam się. Spojrzała na mnie zaskoczona; miała wyraźny ślad po siarczystym policzku od Toma.
        -No tak..-mruknęła głaszcząc wciąż kwilącego Hughesa, choć nadal wpatrywała się we mnie nieufnie...

          -Tak, to było dziwne. I raczej mało prawdopodobne-stwierdza Elizabeth idąc ze mną do stołówki. W dłoni trzymała swoje ulubione opakowanie na kanapki w kształcie przebitego łukiem serca. Gdy skończyłam jej relacjonować dzisiejsze poranne zdarzenie, jej brew podnosiła się nieznacznie ku górze, co oznaczało, że jest zaciekawiona, ale nie do końca mi wierzy.. 
        -Naprawdę! Chciałam, by temu bubkowi wiewióra odgryzła co nie co i...
         -... i właśnie wtedy z drzewa spadł owy gryzoń, wgryzł się w jaja Toma, co?-El chyba nie do końca mi wierzy. Zrobiłam naburmuszoną minę.
        -Przecież mówię prawdę, El. Po co miałabym bujać? Nawet Tamara ci to potwierdzi- nie przestawałam jej zapewniać.-Dobrze wiem, co wtedy myślałam i co się stało. Mam mózg i uszy, El.- a przynajmniej tak mi się zdaje. Tak jak mówiła Elizabeth, mógłby to być przypadek, dziwny zbieg okoliczności. Westchnęłam, gdy moja przyjaciółka pokręciła głową, poklepała mnie po głowie i szeptała słodko "Tak, Corall, wiem, wiem." Nienawidzę, jak tak robi. To sprawia, że mam ochotę zakopać się w ziemi na kilkaset lat.. co nie byłoby takim złym pomysłem. Przynajmniej ominęłaby mnie klasówka z historii i chemii.. Weszłyśmy do stołówki, i nagle wszelakie rozmowy ucichły. Spojrzałyśmy po sobie z Elizabeth. Obie westchnęłyśmy w tym samym czasie i smutno pokręciłyśmy głowami. Wiadomo, że od tygodnia El Prescott jest pierwszym tematem plotek. Z tego, co mi mówiła, i czego sama się dowiedziałam, spała z młodszym bratem szkolnej diwy, Joli. Leslie jest typową rockmenką, choć wygląda dość niewinnie, zebrała tyle partnerów, że nawet sama nie pamięta. Mówiła, że Marcus nie bardzo ją zadowolił, i że jest lalusiowaty, więc z nim zerwała dwa tygodnie po seksie. Marcus to przeżył bardzo, załamał się i poskarżył kochanej Joli, która już od dawna miała na pieńku z Elizabeth. Teraz rozgłasza najgorsze plotki na jej temat, choć ci, którzy znają El, wiedzą, że są bujdą. Przynajmniej nie które.. Podziwiam Ellie, kiedy idzie dumnym, kuszącym krokiem i rzuca zalotnymi uśmiechami wokół siebie, nie robiąc sobie nic  z wściekniętego spojrzenia Marcusa i pogardliwego uśmieszku Joli. Dreptałam zań wiernie, choć szczerze mówiąc, nienawidzę, jak ludzie wbijają we mnie spojrzenia. Ogólnie nie lubię być w centrum uwagi, w przeciwieństwie do Elizabeth. Usiadłam obok niej,  z jękiem wyciągając z przepastnej torby lunch. Tym razem... kanapki z masłem orzechowym, ciasteczka domowej roboty i herbata. Dzięki, mamo.
        -O, ciasteczka! Um.. twoja mama piekła! Przepyszne!-wyrzuciła na jednym tchu El, zabierając trzy ciastka do naturalnego jogurtu, z płatkami owsianymi i rodzynkami. To się nazywa dieta, pomyślałam, patrząc na szybko znikające słodycze w ustach mej przyjaciółki. Jedna z wielu rzeczy, jakie nas łączą: obie uwielbiamy ciastka czekoladowe w kawałkami mlecznej czekolady od mojej mamy. I serniki, ale to już inna sprawa.  Odgryzłam kawałek kanapki, po czym drugą, nierozpakowaną, rzuciłam Elizabeth. Uśmiechnęła się i zatopiła zęby w kanapce. Odwzajemniając uśmiech upiłam  łyk herbaty. Teraz wszyscy ponownie zaczęli rozmawiać, ale cicho i co chwila rzucali nam, mi i El, ukradkowe spojrzenia... Poczułam na plecach ciepło i dreszcze. Ktoś mi się przeglądał / wiercił dziurę w plecach. Wiem, kto to był. Odwróciłam się nieznacznie i zezowałam na Tamarę, uczepioną ramienia Toma Hughesa, który wpatrywał się we mnie z irytacją, wściekłością i wstydem. 
        -Dlaczego nie poszedł do lekarza, skoro wiewiórka uszkodziła mu klejnoty? -odezwałam się do El, pokazując brodą na Toma i Tarę. Parsknęła z niesmakiem; Tom także był jej byłym kochankiem. Mimowolnie wzdrygnęłam się na to wspomnienie.
        -Uwierz mi, kochana, wiewióra nie miała co odgryźć..-nie dokończyła, tylko rzuciła mi psotliwe spojrzenie. Wybuchłam głośnym śmiechem, nie mogłam się powstrzymać. Rozmowy ucichły ponownie, więc zamknęłam się szybko, zawstydzona. Spojrzałam zawstydzona i zła na Elizabeth. Ale ona na mnie nie patrzyła. Nikt nie patrzył na mnie. Wszyscy, bez wyjątku, wlepili wzrok na obiekt przy szkolnych drzwiach od stołówki. Oooo..
O słodki Jezusie..... 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz